Jeśli miasto pozwala sobie na „luksus” lekceważenia potrzeb mieszkańców, znaczy, że nie jest przyjazne. Znaczy, że nie chce być otwarte. Znaczy, że zamiast stawać się miastem dla ludzi, staje się miastem dla banków, deweloperów, włodarzy i urzędników – mówi radny sejmiku śląskiego Jarosław Makowski, b. dyrektor Instytutu Obywatelskiego, polityk, szef katowickiej Platformy Obywatelskiej.

Sebastian Pypłacz: Jak tworzyć miasto dla ludzi?

Jarosław Makowski: To proste na pierwszy rzut oka pytanie zdradza fundamentalną zmianę jaka dokonała się, czy może bezpieczniej powiedzieć, dokonuje się w naszej świadomości. Otóż kiedyś pytaliśmy, co możemy/powinniśmy w naszym mieście zbudować: stadion, sale konferencyjne, basen… Dziś, na szczęście, kluczowe pytanie brzmi: jak tworzyć miasto dla ludzi. I znów paradoks: odpowiedź jest prosta. Miasto skrojone na ludzką skalę w centrum stawia człowieka. Cokolwiek w mieście robimy, robimy to z myślą, byśmy my – ludzie – mieli lepszy komfort życia. A zatem miasto dla ludzi, to miasto dla wszystkich: otwarte.

Miasto skrojone na ludzką skalę to miasto zielone, z przyjazną dla człowieka przestrzenią, z dobrym transportem publicznym. Miasto, w którego działania staramy się włączyć wszystkich mieszkańców. O ile przepis jest prosty, o tyle gorzej z jego realizacją.

SP: Właśnie, bo co to znaczy, że miasto jest dla wszystkich? Zawsze słyszałem, że jak jest coś dla wszystkich, to znaczy, że dla nikogo… 

JM: To, zdawać by się mogło, złota reguła nie działa w przypadku miasta. Miasto otwarte, miasto dla wszystkich, to takie miasto, w którym dobrze się czuje dziecko i senior (8-latek i 80-latek). Albo, używając innego języka: wnuczek/wnuczka i dziadek/babcia. Każdy z nas jest mieszkańcem lub użytkownikiem miasta. A więc ma prawo do miasta. Ma więc prawo oczekiwać, że jego potrzeby, będą zaspakajane: od pracy i edukacji poczynając, a na kulturze i rozrywce kończąc. Jeśli miasto pozwala sobie na „luksus” lekceważenia potrzeb mieszkańców, znaczy, że nie jest przyjazne. Znaczy, że nie chce być otwarte. Znaczy, że zamiast stawać się miastem dla ludzi, staje się miastem dla banków, deweloperów, włodarzy i urzędników.

SP: Dziś nie można mówić o przyjaznym mieście bez dobrego transportu publicznego…

JM: Gdzie, jak gdzie, ale my, tu, na Śląsku, tu, w Katowicach, zaczynamy zdawać sobie sprawę z wagi dobrego transportu publicznego. Zaczynamy, bo mamy zły. Przede wszystkim dlatego, że miasto stawiało na transport samochodowy. Sęk w tym, że im więcej dróg budujesz, tym bardziej nie rozładowujesz korków. Przeciwnie: przybywa aut, które wjeżdżając do centrum miasta – zajmują miejsce, rozjeżdżają drogi, które trzeba naprawiać, i zatruwają powietrze, które w Katowicach jest fatalne, a my nim oddychamy, co powoduje wiele chorób. Ich leczenie jest dużo droższe niż budowa przyjaznego transportu publicznego.

SP: Czy należy wyrzucić auta z centrum? 

JM: Nie tak szybko. Jeśli chcemy ograniczyć ruch samochodowy w centrum Katowic, to w zamian mieszkańcy muszą otrzymać dobry, sprawny, komfortowy transport publiczny. Coś za coś. Ale transportu publicznego nie budujesz tak, jak galerii handlowej: to jest długofalowa i konsekwentna polityka. Ale, zasadniczo, tak: przyjaznego miasta nie poznaje się po tym, że biedny jeździ autem, ale po tym, że bogaci zostawiają swoje auta, by jeździć transportem publicznym. Bo ten jest tańczy i zdrowszy. 

SP: A zieleń w mieście?

JM: Prezydenci rodzimych miast, niestety, także Katowic, zdradzają zadziwiającą miłość do betonu i stali. Stopień tej miłości widać jak na dłoni, kiedy zechcemy wybrać się na katowicki rynek. Mieszkańcy miast mówią, żeby doświadczyć zieleni – muszą wyjechać za miasto. A ja powiadam: dlaczego zieleni, parku, skweru, łąki nie przenieść do miasta?

Dziś mieszkańcy miast chcą enklaw zieleni w mieście. Dlatego pojawiają się nowe trendy: zielone dachy, zielone ściany czy parki kieszonkowe. Dziś mieszczanie chcą mieć park lub zielony skwer w odległości 5 minut od domu. Tęsknią za zapachem kwiatów, śpiewem ptaków i czystym powietrzem. Pamiętam dyskusję związaną z przebudową ulicy Kościuszki, która cała została zalana betonem. Na pytanie, gdzie ludzie mają wychodzić ze zwierzakami, ze strony urzędu miasta padała odpowiedź: „No po to jest beton, by psy nie robiły kup na trawie”. Intrygujące rozwiązanie problemu. Kiedy jednak mieszkańcy się dalej buntowali, to udało im się wywalczyć słynne już donice. Dziś stoimy przed następującym wyborem: albo nasze miasta będą zielone i przyjazne, albo będą się wyludniać.