Cóż może być bardziej kobiecego, niż bycie żoną i matką? W 1937 roku, czyli za czasów pokolenia, które wciąż częściowo żyje, powstał ciekawy poradnik dla kobiet na wydaniu. Autorem był oczywiście mężczyzna – polski socjolog Bronisław Gumplowicz. Flagowym przykładem ówczesnego rozumowania jest na przykład to:

Czy każda kobieta powinna wyjść za mąż?
Na to pytanie wystarcza odpowiedź jednym słowem: tak! Wszak świętym powołaniem kobiety jest zostać żoną i matką. Wówczas to kobieta poczyna żyć pełnym życiem. To daje jej możliwość sprostania szczytnym zadaniom, do jakich powołał ją Stwórca. Cieszcie się więc miłe panie, żeście młode i zdrowe. Sięgnijcie śmiało po tę wielką radość życia (…) to szczęście, o które warto się pokusić.

Jest w tym nieco prawdy, bo to cudowne uczucie – być w szczęśliwym związku. Dla części z nas wciąż aktualny jest również wewnętrzny obowiązek wyjścia za mąż, co z kolei rozumiem znacznie mniej. Na powyższym przykładzie widać jednak bardzo wyraźnie, z czym powinnyśmy – jako wszystkie normalne kobiety – walczyć i próbować zmienić. Nie jesteśmy stworzone do bycia żoną i matką. To znaczy, jesteśmy – wkroczyliśmy jednak jako cywilizacja na zbyt zaawansowaną ścieżkę, by wyznaczać komuś rolę w tak szerokim zakresie. Możemy być żonami i matkami, ale nie musimy być sprzątaczkami i opiekunkami, a z tym przede wszystkim kojarzy się życie w tradycyjnej rodzinie.

Wolność i niezależność w wersji kobiecej

Singielstwo nie jest już na szczęście piętnowane, ale presja wciąż istnieje. Z moich obserwacji wynika, że szczególnie odczuwają to kobiety będące w związkach “od zawsze”, zmuszone do ułożenia sobie życia po rozstaniu. Totalną katastrofą jest połączenie tego z ekstrawertyzmem. Łatwiej jest być razem, ale czasem trzeba być też pobyć samej – nieumiejętność przebywania tylko ze sobą nie jest dobra ani w związku, ani bez. Kluczem do szczęścia jest własny rozwój i własne życie, dopełnione mężczyzną lub nie.

Przemożna potrzeba bycia czyjąś dziewczyną, narzeczoną lub żoną doprowadzić może do tak komicznych sytuacji, jak np. stworzenie wspólnego konta na facebooku. Zupełnie, jakby posiadanie profilu na portalu społecznościowym wymagało opłacenia abonamentu, co uzasadniałoby ekonomicznie takie posunięcie. Czy to przymus nieustannej kontroli czyjegoś życia? A może nowoczesny sposób na publiczne okazywanie sobie miłości?

Epilog

No więc, do czego nam ten mąż w XXI wieku? Poza przypadkami wielkiej i romantycznej miłości oraz kwestii podatkowych, nie widzę uzasadnienia. Szczególnie ślub kościelny jest dla kobiet bardzo słabym interesem, bo poza abstrakcją otoczki, oznacza zgodę na dyskryminację z urzędu. Dużo lepszym pomysłem byłby sakrament, według którego obie strony mają być odpowiedzialne za ogarnianie w domu w równym stopniu. Zdarzy się to kiedyś?

via Polka Niekatoliczka