Obecny system ekonomiczny Unii Europejskiej został ukształtowany przez szereg czynników, m.in. procesy migracyjne. Utrzymujący się od dłuższego czasu kryzys emigracyjny podzielił społeczeństwo na dwa obozy – osób chcących przyjmować uchodźców oraz przeciwnych temu pomysłowi. Wśród tych drugich głównym argumentem jest strach o zabranie przez nowoprzybyłych pracy. Krzysztof Sadecki, polski finansista i analityk biznesowy wyjaśnia jak obecna sytuacja wpływa na gospodarkę.

Na sytuację starego Kontynentu składa się wiele aspektów ekonomicznych – dostęp do świadczeń, mieszkań czy ulg na rynku pracy. Jednak mało kto potrafi to ocenić w skali makroekonomicznej, a przy dyskusji o emigrantach do głosu dochodzą emocje. Liczy się jednak co innego, w UE większość transferów osobistych to pieniądze wysyłane przez emigrantów do kraju pochodzenia.

– Cofnijmy się do roku 2015 – mówi Krzysztof Sadecki. – Poza granice UE wypłynęło w tym czasie łącznie 31,3 mld euro, podczas gdy kwoty otrzymane spoza Wspólnoty to 11 mld euro. Oznacza to, że cała Unia z resztą świata miała ujemne saldo na poziomie 20,4 mld euro. W tym samym roku największą nadwyżkę w transferach pieniężnych osób prywatnych odnotowano w Polsce. Prywatne osoby przetransferowały nad Wisłę łącznie 3,2 mld euro, co stanowi drugi pod względem wartości wpływów wynik w całej Europie.

Wyprzedziła nas tylko Portugalia. Ponieważ w stosunku do bogatszych krajów Unii ilość ludności napływającej zza granicy jest w Polsce niewielka, mieliśmy największą nadwyżkę w transferach osobistych. Ale z najlepiej sytuowanych regionów kontynentu wypłynęło całkiem sporo – trzy pierwsze miejsca zajęły kolejno Francja, Wielka Brytania i Włochy.

– Dodatnie saldo w transferach pieniężnych może jednak już należeć do przeszłości. To nic, że bronimy się przez akceptacją kwotowych rozwiązań przyjmowania uchodźców. Pieniądze wypływają i tak – twierdzi Sadecki.

Polscy emigranci napędzają gospodarkę w Polsce, ale część zarobionych w innych krajach pieniędzy tylko przepływa przez nasz kraj, w kierunku wschodnim. Jeśli my pracujemy za kogoś imając się zajęć, których nikt poza nami nie chce się podjąć, to zgodnie z teorią gradacji rynku na pracach, którymi nam się z kolei nie chce zajmować na miejscu, będzie zarabiać ktoś inny z „biedniejszych” krajów. By zakłócić pracę polskiej gospodarki nie trzeba wcale tysięcy innowierców wyciągających ręce po zasiłki i mieszkania, wystarczy nie zwracać uwagi na to, że nasze środki napędzają ekonomię np. Ukrainy i Białorusi.

– Nie należy oczywiście popadać w panikę i szukać możliwości zablokowania tych miejsc pracy, ale każdy układ dąży do równowagi, a w przypadku dużych struktur o ustalonej kondycji wprowadzenie zmian wymaga działań długofalowych. Na te zaś – w chwili kiedy zaczniemy odnotowywać ujemne saldo i być jedynie stacją transferową dla gotówki z zachodu – może nie być czasu – zauważa analityk biznesowy.

Szkoda by było, gdyby do obecnego postrzegania Polski na zachodzie dołożyć jeszcze przemianę Polski w źródło kolejnego kryzysu gospodarczego, który mógłby objąć swoim zasięgiem cały kontynent. Już i tak poprzez zatrudnianie gości ze wschodu na stanowiskach obsługi ruchu turystycznego (np. w Świnoujściu większość sklepów zatrudnia Ukraińców) pozwalamy mieszkańcom głębi kontynentu sądzić, że Polska niewiele się różni od Rosji czy Białorusi. Jeśli się zastanowić i nie wpadać w panikę, rozwiązania znajdą się same, wszak rozumienie sytuacji to połowa panowania nad nią. Nie należy jednak zwlekać z jej analizą zanim będzie za późno.